intro_scaled

Projekt Polski Brzeg Podsumowanie

Projekt POLSKI BRZEG
(2017-2024)

Pomysł przepłynięcia kajakiem wzdłuż całego polskiego brzegu powstał krótko po tym, gdy pierwszy raz zwodowałem kajak na morzu, na dalekich, zimnych, północnych kresach Europy w Norwegii. Opłynięcie całej linii polskiego wybrzeża, od Nowej Pasłęki na Zalewie Wiślanym do Nowego Warpna na Zalewie Szczecińskim, zajęło mi nieco ponad 7 lat. Rozpocząłem we wrześniu 2017 r. etapem z Rewy do Pucka. Ostatni, czterdziesty odcinek, także samotny, miał miejsce w październiku 2024 r. z Westerplatte do Jelitkowa i z powrotem.

W ciągu czterech pór roku, w różnej aurze, zwiedziwszy przy okazji kajakiem polskie porty, w tym pięć największych (Gdańsk, Gdynia, Kołobrzeg, Świnoujście i Szczecin), pokonałem około 447 mil morskich (828 kilometrów). Najkrótszy etap, od ujścia Szkarpawy w Zalew Wiślany do portu w Kątach Rybackich liczył nieco ponad 4 Mm (8 km). Dwa najdłuższe przeloty, to ok. 23 Mm (43 km) z plaży w Pobierowie do portu w Kołobrzegu oraz niezapomniane i niespodziewane, 15-godzinne, blisko 31-milowe (57 km) przejście z Unina pod Wolinem, rzeką Dziwną i Zalewem Kamieńskim do Dziwnowa i dalej do Świnoujścia. Po części przez zanurzoną w księżycowej jasnej nocy Zatokę Pomorska, daleko od brzegu, z wejściem nad ranem do świnoujskiego portu...

Dwadzieścia dwa etapy miały charakter jednodniowych eskapad, kolejne cztery przypadły na dwie dwudniowe wycieczki, a pozostałe czternaście odcinków pokonałem w ramach i przy okazji trzech większych, około tygodniowych wypraw obejmujących też inne akweny. W okresie ciepłym (kwiecień - wrzesień) przepłynąłem 28 odcinków, zaś jesienią i zimą (październik - marzec) 12 pozostałych. Samotnie przewiosłowałem jedenaście etapów, to jest ok. 113 Mm (209 km). Pozostałe w towarzystwie Piotra, raz dołączył do nas Tomek. Nigdy nie spotkałem na tych wodach żadnego innego kajakarza.

Najcięższa, sztormowa pogoda (4-5* B) dopadła mnie i napędziła mnóstwo adrenaliny na samotnym odcinku z plaży opodal latarni Czołpino do Rowów, gdzie na koniec prąd rzeki Łupawy zderzający się z silną północna falą zapewnił mi prawdziwe rodeo między główkami portu. Do tego, płynąc z Łeby dzień wcześniej, wywróciłem się na zdradliwej, baksztagowej fali. Niezwykle męczący okazał się niespodziewanie odcinek z Krynicy do Nowej Karczmy i z powrotem w walce z wyczerpującym siły przeciwnym wiatrem. Parę razy doskwierała pobudka w jesienny lub zimowy ciemny świt, by zmieścić się w oknie czasowym na zimnym morzu. W ramach innych nietypowych rozrywek, obaj, ja i Piotr, wpadliśmy zimą do basenu portowego w Tolkmicku. Na odcinku wzdłuż Mielna, a potem koło Darłówka, byliśmy świadkami wakacyjnego piekła, ścisku tłumów, hałasów i spalin skuterów. Potężna północna nawałnica nad Zalewem Szczecińskim zmiotłaby nas o mało co do wody wraz z namiotami. Wynudził fragment wzdłuż Mierzei Wiślanej od strony Zatoki Gdańskiej, najmniej urozmaicony w całej tej podróży. Ciężko zmaltretowały poczucie estetyki nadbrzeżna "architektura' Swarzewa" i pola "namiotowe" nad Zatoką Pucką, między Władysławowem a Chałupami. Nastraszył oczy "krążownik Imperium", hotel "Gołębiewski" w Pobierowie...Ale to wszystko to tylko niezbędny, niepomijalny, nadający dodatkowy smak element każdej przygody.

Nic nie odbierze dziesiątek momentów, widoków i doświadczeń niezastępowalnych. Bałtyckich zachodów i wschodów słońca. Szumu morza do snu. Zimowego trawersu Zalewu Wiślanego i letniego crossu przez Zalew Szczeciński. Spotkania z ciekawskimi fokami i bielikiem u ujścia Wisły. Wspomnianego nocnego rejsu do Świnoujścia, przez żywą jak Solaris zatokę. Paru niesamowitych miejsc biwakowych. Dwukrotnego pokonania Przekopu Mierzei Wiślanej, pewnie jako pierwsi kajakarze w historii ludzkości. Spotkań małych i dużych ze statkami i okrętami. Wyjścia w morze kajakiem w mroźny lutowy dzień przez główne wejście gdyńskiego portu. Fantastycznego rejsu po całym gdańskim porcie. Opłynięcia helskiego cypla. Widoku niespodzianie przejrzystej na wiele metrów wody gdzieś w okolicach Kopania. Majowego spojrzenia na katedrę we Fromborku i żółto-zielone warmińskie pagóry. Wędkującej Śmierci, na urlopie w Chłapowie.

Navigare necesse est, vivere non est necesse...

Dodaj Komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *